Wczesne ostrzeżenie ze strony środowiska jest bardzo istotne. Czasem wystarcza jedno słowo. O to jedno słowo jest u nas jednak dość trudno – podkreśla Teresa Romer, sędzia Sądu Najwyższego w spoczynku.
Portal procesowy: Ministerstwo Sprawiedliwości pracuje nad nowelizacją ustawy Prawo o ustroju sądów powszechnych. Prace te spotykają się jednak z dużą krytyką ze strony sędziów. Szczególnie krytykowana jest ministerialna propozycja oceny sędziów przez zewnętrznych wizytatorów... Dlaczego? Czy sędziowie boją się zmian?
Teresa Romer: Sędziowie sami proponują wiele zmian w prawie o ustroju sądów powszechnych, i to już od lat. Bronią się jednak przed systemem ocen proponowanych przez Ministerstwo Sprawiedliwości, a także nie akceptują wielu innych jego propozycji. Kwestia opiniowania sędziów wydaje się najbardziej drażliwa i kontrowersyjna. Początkowo kategorycznie odrzucano możliwość jakiejkolwiek oceny, co uważałam za dosyć kuriozalne, bo nie tylko w Europie, ale i w Stanach Zjednoczonych, gdzie sędziowie są wybierani – a wybór jest formą oceny – praca sędziów jest oceniana. W Austrii sędziowie konkretnego sądu opiniują siebie nawzajem. I to świetnie funkcjonuje. Taka opinia ma decydujący wpływ na to, czy sędzia zasługuje na wyższe uposażenie, czy nie.
Obawiam się, że u nas taki sposób oceny nie przyjąłby się tak łatwo. Pojawiłyby się różnego rodzaju zastrzeżenia, wątpliwości, a szkoda.To właśnie koledzy, jak nikt, znają pracę, dokonania i niedociągnięcia innego sędziego. Dlatego optymalnie byłoby, gdyby oceny dokonywane były w ramach danego sądu. To niestety trudno sobie dziś wyobrazić. Jeśli chodzi o zasadność oceniania sędziów, początkowo u nas kwestionowaną całkowicie, to przez lata działalności w międzynarodowych organizacjach sędziów nigdy nie spotkałam się ze strony sędziów z innych krajów z jakąkolwiek krytyką faktu, że są poddawani ocenie. I nie chodzi o ocenę merytoryczną orzeczeń, bo od tego jest postępowanie dwuinstancyjne. Chodzi o sposób zachowania się, odnoszenia do stron, urzędników – taki ogólny savoir-vivre. Taka ocena jest konieczna i nie wiąże się z żadnym zagrożeniem dla niezawisłości sędziowskiej.
Jak Pani Sędzia ocenia ten ogólny savoir-vivre panujący dziś na salach sądowych?
Nie chodzę na wizytacje, ale z relacji, a czasem z własnych obserwacji wiem, że w naszych sądach zdarzają się zachowania skrajne – od niesłychanie kulturalnego i uprzejmego traktowania stron, świadków i publiczności, do zwykłej arogancji – żeby nie powiedzieć jeszcze mocniej. I tych zachowań drugiego rodzaju niestety przybywa.
Sędziom często brakuje zwykłej kindersztuby. Dziś sędziowska grzeczność, zaczynanie dnia na sali rozpraw od „dzień dobry”, uprzejme zwracanie się do stron, jest raczej wyjątkiem, a nie normą. Strony bywają zaskoczone takim „wyjątkowym” zachowaniem – zwykłą grzecznością. A nie powinny być, bo uprzejmość ma być normą. W sądzie i wszędzie.
Jeśli sędzia z opóźnieniem zaczyna rozprawę – co w ogóle nie powinno się zdarzać, a jest dość częste – to powinien przeprosić za to opóźnienie obecnych na sali. Problem jest także z przerwami, które ogłaszane są na pięć minut, a trwają czasami nawet godzinę. Strony i świadkowie się denerwują, nie słyszą słowa przepraszam.
Sędziowie powinni mieć świadomość, że niewłaściwe zachowanie jednego z nich rzutuje na ocenę całego środowiska. Bycie sędzią to ogromna odpowiedzialność, którą dźwiga każdy sędzia. I nie chodzi tylko o zachowanie na sali sądowej, ale właściwie o całe życie. Sędzia to nie jest zawód, to jest służba. Jak powiedział kiedyś pięknie jeden z lordów angielskich, „sędzia na sali sądowej zostawia tylko togę”. Jak wychodzi z sądu, to dalej jest sędzią i musi o tym pamiętać. Jeśli ktoś się decyduje zostać sędzią, musi przestrzegać kodeksu i zasad w każdej minucie swojego życia.
Z czego wynika tego typu niewłaściwe zachowanie?
Myślę, że wielu sędziów traktuje bycie sędzią jako zawód, który daje im przewagę nad pozostałymi osobami na sali sądowej. Trochę nakłada się na to nasza tradycja, która moim zdaniem powinna zostać zmieniona. W polskim sądzie świadek musi stać przed sądem, bez względu na to, czy jest w ciąży, czy ma laskę, czy też jego PESEL wskazuje na to, że ma lat kilkadziesiąt. To samo dotyczy stron czy pełnomocników. Sędzia nie powinien zachowywać się jak „pan i władca”, chociaż to on odpowiada za to, co się dzieje na sali rozpraw. Traktowanie uczestników postępowania „z góry” nie buduje autorytetu. Nie zdarza się w innych krajach europejskich. W Holandii, gdzie sędziowie mają bardzo wysoką pozycję, oskarżony odpowiada sądowi, siedząc. I w żaden sposób nie przekłada się to na brak szacunku do sądu.
Z poczuciem bycia „panem i władcą” wiąże się nadmierna wrażliwość wobec własnej osoby. Czy nie ma Pani Sędzia wrażenia, że sędziowie są zbyt wyczuleni na krytykę? Że dochodzi do sytuacji, w których sędziów nie można krytykować?
Nikt nie lubi być krytykowany, ale właśnie dlatego sztuką jest umiejętność przyjęcia krytyki, a jeszcze większą sztuką wyciągnięcie z krytyki odpowiednich wniosków. Moim zdaniem odrzucanie krytyki to jest nasza nienajlepsza tradycja.
W Stanach Zjednoczonych nagrania wyroków razem z zapisem uzasadnienia są podawane do powszechnej wiadomości. Nie dotyczy to tylko bardzo wrażliwych i intymnych spraw, takich jak rozwody, adopcje czy ubezwłasnowolnienie. Upublicznianie wyroków służy edukacji prawnej i jest wyrazem tego, że społeczeństwo ma prawo do informacji o działalności i decyzjach sądów. Sens publikacji wyroków wiąże się i z tym, że w Stanach język prawniczy jest dość prosty i zrozumiały. Orzeczenia są dla zwykłych ludzi, a nie tylko dla prawników.
Działająca od lat w Radzie Europy Konsultacyjna Rada Sędziów wydaje opinie na różne tematy dotyczące sędziów i sądów, które powinny być respektowane przez wszystkie kraje członkowskie Rady Europy (biorą je pod uwagę także sędziowie spoza Europy). W jednej z ostatnich opinii Rada zajęła się językiem prawniczym, jakim powinni posługiwać się sędziowie, podkreślając, że powinien to być język prosty i zrozumiały w odbiorze dla wszystkich zainteresowanych, niekoniecznie prawników. U nas zasada „dlaczego ma być proste, jak może być skomplikowane” w orzeczeniach sądów od lat pozostaje niezmieniona.
Pamiętam, jak w czasie jednej z moich ostatnich sesji w Sądzie Najwyższym sądziłam razem z dwoma młodszymi kolegami sprawę ubezpieczeniową. Na sali pojawił się pan, który jak można było wnieść po zachowaniu i sposobie ubioru, był z odległego zakątka Polski. To była sprawa dotycząca emerytury jego żony, w której kasację wniósł Zakład Ubezpieczeń Społecznych. Kiedy po naradzie, która wypadła korzystnie dla jego żony, ogłaszałam dość skomplikowaną sentencję wyroku, popatrzyłam na tego pana i ujrzałam na jego twarzy rosnące przerażenie. Po odczytaniu wyroku zwróciłam się zatem do niego i powiedziałam: „Niech pan jedzie do żony i powie, że będzie nadal brała emeryturę”. Tan pan ruszył wtedy z impetem z ławki, chwycił mnie za rękę i pocałował, a zaraz potem pocałował w rękę sędziego Wróbla i zabierał się do ręki drugiego sędziego... Ta spontaniczna reakcja powinna być odebrana jak lekcja, to zachowanie o czymś świadczy. Ludzie często nie rozumieją, co się dzieje w sądzie, a równocześnie ogromnie im zależy na tym, aby wiedzieć. I mają do tego prawo. Sędzia powinien to czuć i rozumieć. To on odpowiada za to, żeby ludzie wychodzili z sądu świadomi tego, co najistotniejszego się tam zdarzyło.
Jeśli chodzi o krytykę i jej granice – wyrok można krytykować niezależnie od formalnych środków zaskarżenia. Krytyka, szczególnie w mediach, powinna pojawić się dopiero wtedy, gdy wyrok jest prawomocny. Jak wiadomo, każdy wyrok wydany w I instancji może podlegać zaskarżeniu. Jeśli przed jego uprawomocnieniem ukazują się komentarze, to zawsze stwarzają one wrażenie próby wywarcia wpływu na decyzję sądu II instancji. Sędzia nie może działać i nie działa pod presją opinii publicznej. Opinia publiczna powinna o tym wiedzieć – we własnym interesie. Dlatego założenie jest takie: wyrok można krytykować, nie powinno się jednak tego czynić, dopóki wyrok się nie uprawomocni. Są sprawy, z którymi wiąże się ogromna presja – także medialna. I choć nie ma ona wpływu na decyzję sądu II instancji, to powstaje sytuacja, w której mogą pojawić się głosy, że wyrok został zmieniony pod wpływem środków masowego przekazu. Takie stwierdzenia podważają autorytet sądu – a to jest niedopuszczalne. Szkodzą także świadomości prawnej społeczeństwa i tym samym wyrządzają zło. Niezawisłość musi być nie tylko realizowana, ale też widoczna.
Ale czy to nie idzie za daleko? Czy sędziowie nie mają zapewnionych wystarczających gwarancji niezawisłości?
Gwarancję niezawisłości każdy sędzia nosi w sobie i żadne przepisy – choć stwarzają warunki dla niezawisłości sędziowskiej – tego nie zmienią. Sędzia z decyzją o rozstrzygnięciu sprawy i ze swoją niezawisłością zostaje sam.
Dlaczego niezawisłość – ta wewnętrzna – jest tak istotna?
W tej chwili w świecie stawia się znak równości między niezawisłością a bezstronnością. I moim zdaniem jest to jak najbardziej uzasadnione. Jeśli ktoś nie jest bezstronny, to nie jest też niezawisły.
Niezawisłość sędziów jest potrzebna każdemu człowiekowi. Nigdy bowiem nie wiadomo, kiedy trafimy do sądu. Spektrum spraw rozstrzyganych przez sądy jest niesłychanie szerokie – obejmuje nie tylko sprawy karne, ale też gospodarcze, majątkowe, sprawy z zakresu prawa pracy, ubezpieczeń społecznych i bardzo delikatne sprawy rodzinne. Właściwie nie ma dziś sfery życia, która nie mieściłaby się w kategoriach procedur sądowych. Każdy z nas chciałby być pewny, że sprawy te będą rozstrzygane bezstronnie przez niezawisły sąd, z dala od wszelkiego rodzaju nacisków.
W preambule kanadyjskiego zbioru zasad dla sędziów znajduje się zapis, że społeczeństwo chciałoby mieć takich sędziów, którzy byliby „nadludźmi”, tak aby mogli sprostać warunkom, które są im stawiane przez społeczeństwo.
Przed sędziami poprzeczka postawiona jest tak wysoko, jak tylko można to sobie wyobrazić. I bardzo dobrze, niech będzie postawiona jak najwyżej. W ramach tej poprzeczki jednym z podstawowych warunków jest niezawisłość. Jeśli bowiem sędzia nie jest niezawisły, to po co w ogóle ma być sędzią? Czy jest wówczas sens wiary w sprawiedliwość, zwracania się do sądu?
A na ile sędziowie spełniają stawiane przed nimi wymagania?
Uważam, że spełniają je w zakresie niezawisłości. To, co mnie niepokoi, to agresja w wypowiedziach niektórych sędziów. Jeżeli ktoś bowiem agresywnie się domaga na przykład „odpowiedniego wynagrodzenia i warunków pracy” i równie agresywnie odpowiada na próby porozumienia się w tych kwestiach – w czym przodują dziś niektórzy sędziowie, to istnieje obawa, że potrafi być również agresywny i arogancki na sali rozpraw.
Czyli zdaniem Pani Sędzi doszło do rozluźnienia zasad?
Niewątpliwie wszystkie protesty sędziowskie można rozpatrywać w kategoriach etyki. Nie mówię tu o zasadności żądań o podniesienie uposażenia. Wszystko przemawia za tym, że są one uzasadnione. Protesty w sprawie uposażeń zdarzają się również w innych krajach europejskich. Tyle że, jak mawiają bracia Francuzi, „C’est le ton qui fait la chanson” – to melodia czyni piosenkę. Ważne jest zatem, na jaką melodię sędziowie śpiewają na ten temat.
W jednej z bardzo ważnych rekomendacji Rady Europy dla sędziów zostało wyraźnie wskazane, że sędziowie mają prawo dopominać się o to, co im się należy, ale nigdy nie mogą tego czynić kosztem swoich obowiązków wobec społeczeństwa. I to jest clou sprawy. Moim zdaniem „dni bez wokandy” stanowiły naruszenie obowiązków sędziowskich. Tyle że niektórzy sędziowie są często zupełnie innego zdania. Gdy jeszcze byłam przewodniczącą Stowarzyszenia Sędziów Polskich ‘Iustitia’, w czasie jednej z rozmów na ten temat wstał młody sędzia i podsumował całą dyskusję w dość krótki sposób: „My o forsie, a Romerowa o etosie”. Etos nie jest dziś niestety pierwszoplanową sprawą wśród nowego pokolenia sędziów.
Jaka jest na to rada?
Czasem wystarczy zwrócić uwagę na zagrożenie złamania zasad, na niebezpieczeństwo naruszenia etyki. Bardzo uważnie śledzę orzeczenia sądów dyscyplinarnych i mogę powiedzieć, że najgorsze, z czym mamy do czynienia, to brak reakcji środowiska. Brak tego, co nazywa się whistle blowing: ostrzeżenia, że źle się dzieje. Czasami niewłaściwe zachowania sędziów trwają latami. Często zdarza się to w małych sądach i trudno sobie wyobrazić, żeby środowisko nie orientowało się, iż z zachowaniem koleżanki czy kolegi dzieje się coś niewłaściwego. Bo to są jednak dosyć hermetycznie zamknięte i małe środowiska. A mimo to żadnej reakcji. Z tego powodu czasem dochodzi do tragedii. Tak właśnie było w przypadku młodego sędziego z Grudziądza, który przeniósł się z innego miasta i spotykał się z różnymi osobami, od których przyjmował jakieś drobne prezenty. Sędzia uważał, że niegrzecznie byłoby z jego strony tych rzeczy nie przyjmować – przyjmował, choć naruszał tym zasady etyki. Skończyło się tragedią, bo w czasie jednej z rozpraw po niestosownej wypowiedzi prokuratora pod adresem sędziego sędzia zarządził przerwę, opuścił budynek sądu i powiesił się na terenie swojej budowy. W tej sprawie nie było nawet zarzutu korupcji. Gdyby ktoś z kolegów starszych wiekiem czy funkcją zwrócił mu wcześniej uwagę na niestosowność postępowania, może udałoby się zapobiec tragedii.
Wczesne ostrzeżenie ze strony środowiska jest bardzo istotne. Czasem wystarczy tylko zwrócić uwagę, zapytać: „co robisz?”. Czasem wystarcza jedno słowo. O to jedno słowo jest u nas jednak dość trudno.